Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Sport’ Category


 

Reklamy

Read Full Post »

Po co nam igrzyska ?

© toshi8 - Fotolia.com

Euro 2012 miało wygenerować zysk finansowy i infrastrukturę, z której będziemy korzystać przez długie lata. Okazało się jednak, że „zysk” to spore wydatki, a infrastruktura będzie zbyt kosztowna w utrzymaniu. Są igrzyska! Lecz wielu ludzi traci przez nie chleb.

Skąd wzięły się pieniądze na organizację Euro 2012? Kto sfinansował budowę lub modernizację: Stadionu Narodowego w Warszawie (koszt: 1569 milionów zł), Stadionu Miejskiego we Wrocławiu (857 milionów zł), PGE Areny Gdańsk (775 milionów zł), Stadionu Miejskiego w Poznaniu (713 milionów zł)? A Strefy Kibica i inne pomysły, na które w skali kraju poszły 2 miliardy zł?

Sfinansowały to wszystko miasta. Miasta, których długi przez czas przygotowań do mistrzostw wzrosły kilkukrotnie. Aby włożyć do kieszeni z napisem Euro, musiały wyjąć z innych kieszeni, np. tych, na których napisane jest „mieszkania komunalne”, „żłobki”, „oświata”.

Dług Poznania przez ostatnie 4 lata (czyli lata przygotowań do Euro) wzrósł o 1,4 miliarda zł. To oznacza, że włodarze miasta zafundowali każdemu Poznaniakowi zadłużenie o wartości 4 tysięcy złotych! Można oczywiście powiedzieć, że nie same igrzyska wygenerowały ten wzrost. Wcześniej jednak, przez lata, zadłużenie miasta utrzymywało się na poziomie 600 milionów zł.
Na poznańskim stadionie w czasie mistrzostw zostaną rozegrane 3 mecze.

We Wrocławiu od 2009 r. wydatki budżetu miasta maleją (władze zamroziły społeczne inwestycje, np. budowę publicznych żłobków i przedszkoli), za to coraz więcej kosztuje utrzymanie długu. W tym kredyt wzięty na spółkę zajmującą się przygotowaniem do rozgrywek. W tym budową stadionu, na którym odbędą się, jak w Poznaniu, 3 mecze. Kredyt będzie spłacany do 2024 r. Oczywiście nie przez banki, deweloperów, właścicieli hoteli czy restauracji, którzy na Euro zarobią, tylko przez mieszkańców.

Na początku zmagań z Euro ktoś uznał – w dziwny sposób zupełnie wbrew geografii – że Ostróda będzie bazą pobytową dla drużyn biorących udział w turnieju. A może i jakiś mecz się tam rozegra. Należałoby więc postawić stadion. A żeby było ładnie, to jeszcze i grającą i świecącą fontannę. Meczu jednak nie będzie, piłkarzy też nie; zostały długi. Koszt budowy stadionu w Ostródzie (38 milionów zł) to niemal 4/5 całkowitego zadłużenia miasta, w którym, aby załatać dziurę w budżecie, zamyka się szkoły, drastycznie podnosi podatki i likwiduje miejsca pracy.

Ale co tam, zostaną nam po Euro przynajmniej porządne stadiony sportowe. Tyle, że koszt ich utrzymania przerasta nasze możliwości. W ciągu miesiąca wybudowane na Euro stadiony pochłoną 4,5 miliona zł. Tej kwoty nie pokryją przychody ze organizowanych na nich imprez. Miasta zadłużone są już „po korek” (następny krok to ogłoszenie bankructwa). Pieniądze na utrzymanie stadionów mogą wydobyć tylko z kieszeni mieszkańców.

Koszty Euro 2012 w Polsce sięgają 96 miliardów zł.
Sprzedaż biletów na mecze ma dać 600 milionów zł – to kropla w morzu wydatków, jakie ponieśliśmy przygotowując się do igrzysk i jakie poniesiemy później, utrzymując stadiony.

W Polsce brakuje około 1200 tysięcy mieszkań. Koszt budowy mieszkania komunalnego wynosi, w zależności od miasta, od 2500 do 5000 zł.

W Poznaniu prezydent zapowiedział, że budżet instytucji opiekuńczo-wychowawczych nie zostanie zwiększony przez kilka lat, ponieważ miasto pogrążone jest w głębokim kryzysie gospodarczym. Za sumę wydaną na modernizację poznańskiego stadionu można by w ciągu następnych 10 lat opłacać ponad 6 tysięcy miejsc w żłobkach publicznych.

Ekonomiści wyliczyli, że dzięki organizacji mistrzostw całkowity, skumulowany przyrost PKB do roku 2020 może wynieść 27,9 miliarda zł. Prasa obwieściła tę wiadomość z nieukrywaną satysfakcją. Lecz to jedynie 1/3 kosztów całości imprezy – co z pozostałymi kilkudziesięcioma miliardami?

Na Euro 2012 najwięcej zarobi UEFA, która została zwolniona z wszelkich podatków, w tym VAT-u i CIT-u, podatków lokalnych i cła.

Po co więc są te igrzyska? Po to, by elity, pociągające za sznurki tego świata, osiągnęły zysk, na który złożymy się my wszyscy. Po to, by odwrócić naszą uwagę od spraw dużo ważniejszych.

Nie gódźmy się na tę manipulację. Brońmy naszych praw, naszej świadomości i godnego życia.

Na podstawie: http://10czerwca.eu, Krzysztof Król „Kto zapłaci za Euro 2012”, artykuły z Przekroju nr 23 (4 czerwca 2012)

Po co nam igrzyska? – Krzysztof Król :

Władza tradycyjnie wykorzystuje wielkie imprezy sportowe do celów propagandowych. Ale społeczeństwo także może skorzystać z tej okazji i przypomnieć o swoich postulatach

W igrzyskach nie chodzi jedynie o dostarczenie rozrywki, lecz o marketing polityczny, służą one poprawie wizerunku władz w kraju i za granicą. Za ich pomocą politycy odwracają uwagę od problemów społecznych powstałych w wyniku prowadzonej przez nich polityki. Przekonują, iż liczba bramek zdobytych przez reprezentację narodową jest ważniejsza od wskaźników bezdomności, bezrobocia czy też biedy.

Przekrój

Medale zaciemniają prawdziwy obraz …


Czy medal Sywlii Bogackiej powinien nas cieszyć?

Przeczytałem gdzieś, że słabe występny naszych psują humor Polakom, wpływają na spadek optymizmu życiowego i doprowadzają do domowych awantur. Czy musimy igrzyska traktować tak serio? Przecież tam leją naszych. Po co się frustrować, skoro – tak naprawdę – nie mamy sportu, który pozwoliłby nam ścigać się ze światem. Igrzyska to wyczyn na najwyższym poziomie, dla nas nieosiągalnym…

Fot. AFP
Ciekawe, że sport – ochrzczony już dawno mianem „opium dla mas” – jest tak ważny do tego, żeby czuć się lepiej. Zastanawialiście się kiedyś o co tu chodzi? Czy jeśli wygrywa „nasz” z obcym, to znaczy, że całe nasze plemię jest lepsze? Czy wygrywając na boisku, bieżni czy skoczni udowadniamy swoją wyższość nad innymi? Czy to jest wyższość chwilowa czy może stała? A jeśli tylko chwilowa, to jaką to ma wartość, albo jakie to ma znaczenie?

Wiem co to duma narodowa, na dźwięk Mazurka Dąbrowskiego zawsze się wzruszam i czuję się patriotą, choć daleko mi do tych, którzy chcą uczyć patriotyzmu innych i są bezgranicznie przekonani, że tylko oni są prawdziwymi patriotami. Ale nie do końca mogę wyłapać ten dziwny mechanizm, który powoduje, że po zwycięstwie naszych (nawet w byle czym) czujemy się lepiej przy porannej kawie.

//

I żebyśmy się od razu dobrze rozumieli. Nie chodzi mi o sytuacje, w których wstajemy rano, wspominamy wczorajszy meczyk pełen emocji, napięcia i raptownych zwrotów akcji. Albo przypominamy sobie z jaką klasą, maestrią i mocą nasi siatkarze jeszcze w niedzielę lali Włochów. To potrafię zrozumieć. Dobry mecz – w każdej dyscyplinie sportu – kibice potrafią wspominać latami. Nie o taką sytuację mi chodzi.

A o jaką? Ano o taką jak w sobotę, gdy rozdano pierwsze komplety medali i nam od razu przypadło srebro. Nagle dowiaduję się, że mamy medal i to srebrny! Ale w jakim sporcie? W jakiej dyscyplinie? W strzelaniu z karabinka pneumatycznego na dystansie 10 metrów…

No w sumie fajnie, ale poczułem się – przy całym szacunku do naszej srebrnej medalistki z Londynu Sylwii Bogackiej – jakby, ktoś biegał pod kolekturą totolotka i krzyczał: „Wygrałem, wygrałem!”, ale zapytany ile konkretnie odparłby… „dychę”.

Nie chcę nikogo obrazić. Z pani Sylwii dumna jest rodzina, cała Zielona Góra i może nawet cała Polska.

Jak też uważam, że lepiej medal mieć niż go nie mieć, ale jakoś świadomość, że ktoś z – za przeproszeniem – wiatrówki medal wystrzelał nie zmienia mojego dobrego samopoczucia. Nie staję się weselszy, nie czuję się z tego powodu lepszy od np. Czechów czy Niemców.

Czym zatem jest ten fetysz medali przywożonych z kolejnych igrzysk? Że trzeba je zdobywać, że trzeba się piąć w tabeli medalowej, że trzeba się ścigać z innymi nacjami? Czy liczba medali zdobytych na igrzyskach przez Polaków o czymś świadczy? Czy jeśli zdobędziemy 10 krążków to będzie to znaczyło, że z naszym sportem wszystko jest ok? Że mamy dobry system szkolenia? Że mamy trenerów, fachowe kadry i niesamowitą infrastrukturę do uprawiania sportu? Czy może będzie to znak, że mamy znakomitą służbę zdrowia i w ogóle zdrowe społeczeństwo?

No toż to wszystko są nonsensy. Po co zatem się ścigamy na te medale? Rozumiem, że telewizja chce pokazywać bohaterów, że działacze PKOl chcieliby pokazać, że nie biorą swoich pensji za nic nie robienie i odpowiednio duża liczba medali może sprawić, że te pensje będą brali spokojnie jeszcze przez kolejne cztery lata. Ale nam, śmiertelnikom zwykłym, do czego to potrzebne?

Ktoś powie: przykłady pociągają. Ok, zgoda. No ale chyba nie w przypadku karabinka pneumatycznego? Bo niby co miałoby się stać? Dzieciaki zerwą się rano z łóżek i pobiegną na wesołe miasteczko strzelać z wiatrówek do plastikowych kwiatków?

Nie mam nic do pani Bogackiej, ale sukcesy w dyscyplinach… hm… egzotycznych nie mogą nam zaciemniać obrazu i kondycji polskiego sportu.

Jeśli po złoty medal sięgną siatkarze – choć po wtorkowym laniu z Bułgarami trudniej w to tak mocno i niezachwianie wierzyć – to jestem przekonany, że kilku młodym ludziom włączy się w głowach wyobraźnia i będą chcieli grać jak Żygadło czy Kurek. To na pewno. Ale z wiatrówką będzie trudniej.

Wyobraźnię ludzi poruszają zawodnicy w grach zespołowych, pływacy, tenisiści i lekkoatleci w poważnych konkurencjach. I jeśli wszyscy inni są potrzebni z jakiegoś powodu ruchowi olimpijskiemu to ok, niech startują. Jeśli są komukolwiek potrzebni. Tylko tak szczerze: czy karabinek pneumatyczny zrekompensuje nam wielki zawód Agnieszką Radwańską czy porażkę siatkarzy? Od tego poranna kawa wcale nie zrobi się słodsza.


%d blogerów lubi to: